Podróżowanie „okazją” nie jest dziś tak popularne, jak jeszcze kilkanaście lat temu. Statystyki nie pozostawiają złudzeń, ilość samochodów w przeliczeniu per capita wyjaśnia, dlaczego korzystanie z tej formy transportu złote lata ma już za sobą. Wprawdzie ekolodzy i inni działacze na rzecz ochrony środowiska załamują ręce, widząc zwiększającą się emisję spalin, to jednak zjawisko to ma również swoje dobre strony. Jedną z nich jest bez wątpienia kwestia bezpieczeństwa.

Druga połowa września to świetny czas dla grzybiarzy. Amatorów tego zajęcia nie zniechęca chodzenie po grząskich terenach, poranne wstawanie i innej maści niewygody. Możliwość upolowania prawdziwka, borowika czy czerwonego muchomora  wystarczająco im to wynagradza. Niekiedy poza grzybami dokonują również innych znalezisk. Czasem jest to jelenie poroże, czasem worek ze śmieciami, wywieziony przez myślącego inaczej „janusza”. Niekiedy to uboczne znalezisko ma charakter makabryczny, ponieważ miast wymarzonej kurki grzybiarz ujawnia ludzkie zwłoki…

Czwartek, 18 września 1997 r. był dniem grzybowego polowania dla kilku mieszkańców ówczesnego województwa słupskiego. Pełni nadziei radośnie penetrowali zakamarki lasu, znajdującego się w okolicy wsi Stęknica w gminie Wicko, kilka kilometrów od Łeby. Radość jednak była krucha i opuściła ich prędko, a jej miejsce zajęło niebotyczne zdziwienie, połączone z przerażeniem. Oto bowiem w lesie, w odległości kilkunastu metrów od toru kolejowego, łączącego Łebę z Lęborkiem, ujawnili rozkładające się ludzkie zwłoki!

Dziś po takim znalezisku każdy chwyciłby za komórkę i drącymi paluszkami wystukał numer 112. Było to jednak 19 lat temu, telefonia komórkowa w Polsce dopiero nabierała wiatru w żagle, więc konieczne były inne działania. Na szczęście grzybiarzom udało się zatrzymać przejeżdżającego asfaltową drogą, łączącą Łebę z Lęborkiem sanitarkę, który niezwłocznie przekazał informację o makabrycznym znalezisku oficerowi dyżurnemu ówczesnej Komendy Rejonowej Policji w Lęborku.

Na terenie masywu leśnego pod Stęknicą przeprowadzono czynności, które zaowocowały postanowieniem o wszczęciu dochodzenia w kierunku art. 152 ówcześnie obowiązującego Kodeksu karnego z 1969 r., tj. o nieumyślne spowodowanie śmierci*. W toku czynności ustalono, że zwłoki znajdują się na masywie leśnym, 12 metrów od toru kolejowego, łączącego Łebę z Lęborkiem. Ułożone są twarzą do ziemi i znajdują się w stanie rozkładu. Część tyle zwłok uległa częściowej mumifikacji, a część przednia rozkładowi gnilnemu, co uniemożliwiło dokonanie identyfikacji ciała. Zwłoki należały do młodej kobiety, były prawie kompletnie rozebrane (poza białymi skarpetkami i lewym butem), przy zwłokach znajdowały się elementy podkładu kolejowego. Badania antropologiczne oraz otwarcie zwłok pozwoliły na przyjęcie, że należą do osoby w wieku 15-30 lat, ze wskazaniem na dolną granicę. W toku sekcji nie udało się ustalić bezsprzecznie mechanizmu oraz przyczyny zgonu, przyjęto jednak, że nastąpił on wskutek obrażeń kości czaszki.

Funkcjonariusze ówczesnej Komendy Wojewódzkiej Policji w Słupsku zaczęli wyjaśniać sprawę. Przede wszystkim należało ustalić, kim była zamordowana dziewczyna. Jak zwykle w takich sytuacjach, przeanalizowano zgłoszenia zaginięć. Jedną z poszukiwanych była 19-letnia Alicja Baran z Trzebnicy w województwie wrocławskim. Okazano bliskim Alicji zabezpieczone na miejscu ujawnienia zwłok elementy odzieży oraz wisiorek z delfinem. Rodzina rozpoznała te rzeczy jako należące do panny Baranówny.

Alicja Baran, jak już wspominałem, była trzebniczanką. Na co dzień jednak pobierała nauki w liceum ekonomicznym we Wrocławiu. Była spokojną i odpowiedzialną dziewczyną, dobrze się uczyła i – jak to się zazwyczaj określa – nie sprawiała swoim rodzicom kłopotów wychowawczych. Do szkoły chodziła regularnie, zaliczanie sprawdzianów nie sprawiało jej problemów. Miała jednak dość nieszczęśliwy zwyczaj: odległość dzielącą jej dom rodzinny i szkołę lubiła pokonywać tzw. okazją. W czerwcu 1997 r. otrzymała świadectwo ukończenia drugiej klasy liceum i rozpoczęła wakacje.

Wcześniej zaplanowała ze swoją przyjaciółką kilkudniowy wypad nad morze, do Łeby. Z Dolnego Śląska dziewczyny wspólnie wyruszyły z domów. Jeszcze tego samego wieczoru znalazły się w Łodzi, gdzie próbowały namówić na wspólny wypad jeszcze jedną znajomą. Ta jednak nie była zainteresowana wyprawą, więc kolejnego dnia udały się, oczywiście autostopem, do Chałup, gdzie spędziły noc. Popołudniem, 13 sierpnia przeniosły się do Łeby, gdzie miały zapewnioną kwaterę przy ul. Sosnowej 5. Alicja nie zabawiła jednak długo nad morzem, gdyż już następnego dnia wróciła do Trzebnicy i razem z rodzicami pojechała na wesele.

Uroczystość odbywała się we wsi Nienadowa, nieopodal Przemyśla. Nastolatka bawiła na Podkarpaciu do wtorku, 19 sierpnia 1997 r. nad ranem wujek odwiózł ją na przystanek PKS, którym dotarła do wojewódzkiego ongiś Przemyśla. Stamtąd miała kontynuować podróż pociągiem do Lęborka. Ekspresowy pociąg „Małopolska” przez Rzeszów, Kraków i Warszawę do Gdyni wyruszał z przemyskiego dworca o 7.09. Właśnie w Przemyślu, wczesnym rankiem 19 września 1997 r., kończą się wiadomości o żywej Alicji.

Alicja nie wróciła z wesela do Łeby. Bardzo zdziwiło to jej przyjaciółkę, która jeszcze kilka dni przebywała w kurorcie. Po powrocie do Trzebnicy złożyła wizytę państwu Baran, wprawiając ich w szok. Byli bowiem przekonani, że córka bawi nad morzem! Natychmiast zawiadomiono policję.

Nie wiadomo w jaki sposób nastolatka dotarła aż nad morze. W toku postępowania przygotowawczego ustalono, że kierownik pociągu „Gryf”, kursującego na relacji Tczew – Szczecin Główny, w dniu 19 sierpnia 1997 r. kontrolował bilet młodej dziewczynie w okularach. Po okazaniu mu zdjęcia, rozpoznał Alę jako tą dziewczynę. Dodał jednak, że okazała mu legitymację studencką. Nie wiadomo więc, czy rzeczywiście to Alicja podróżowała „Gryfem” tego dnia. Co więcej, jak wynika z policyjnych ustaleń, ekspres z Przemyśla dotarł do stacji Tczew później, niż nastąpił odjazd „Gryfa”.

Z drugiej jednak strony, z rozkładów jazdy, które analizowałem przygotowując niniejszy artykuł, ustaliłem, że ekspres z Przemyśla miał pojawić się w Tczewie o 16:13 lub 16:24, a „Gryf” wyjeżdżał planowo z tego miasta o 16:45. Gdyby Ala wsiadła do tego pociągu, o 18:15 powinna pojawić się na lęborskim dworcu. Czy rzeczywiście konduktor rozmawiał wtedy z Alicją? Być może dziewczyna wyruszyła już z Przemyśla autostopem? Na te pytania już nigdy nie poznamy odpowiedzi.

Niezależnie od powyższych dylematów należy przyjąć, że późnym popołudniem 19 sierpnia 1997 r. Alicja pojawiła się w Lęborku. Gdyby uznać, że rzeczywiście przyjechała „Gryfem”, to pociąg do Łeby, odchodzący o 19:46, pojawiłby się u celu dopiero osiem minut przed 21. Oba miasta dzieli około trzydziestu kilometrów, więc nie trzeba dużej zdolności w imaginacji, aby wyobrazić sobie, jaką decyzję mogła podjąć dziewiętnastolatka…

Najprawdopodobniej udała się na ulicę Kossaka, gdzie złapała okazję. Finał tej podróży już znamy.

Funkcjonariusze prowadzący dochodzenie w sprawie śmierci Alicji nie mieli szczęścia. Ustalili bowiem, że pod koniec sierpnia pracownicy gminy Wicko prowadzili prace porządkowe przy drodze Lębork – Łeba. W pobliżu Stęknicy ujawnili elementy damskiej bielizny, kosmetyczkę i klucze. Rzeczy te, wraz z innymi znaleziskami, zakopali. Niestety, nie byli w stanie wskazać, w którym miejscu zakopano te przedmioty, więc niemożliwe okazało się ich odnalezienie. Czy miały związek ze śmiercią Alicji Baran? Tego nie możemy wykluczyć.

W celu ustalenia świadków zdarzenia zwrócono się o pomoc do telewidzów. Tragiczną śmierć nastolatki zrekonstruował magazyn „997” w grudniu 1997 r., a w styczniu i w czerwcu 1998 r. okolicznościową sekwencję wyemitowało „Telewizyjne Biuro Śledcze”. Niestety, bezskutecznie. Dochodzenie umorzono 29 maja 1998 r.

Gdyby podzielić kwalifikację prawną, dokonaną przez policję i lęborską prokuraturę, karalność tego przestępstwa przedawniła się w sierpniu 2007 r. Gdyby pozbawienie życia Alicji Baran zakwalifikować jako zabójstwo, to jego ukaranie jest możliwe aż do 2037 r.

19 sierpnia 1997 r. Alicja Baran miała do pokonania  – jeśli wierzyć kolejowym wyliczeniom – dokładnie 1015 kilometrów. Śmierć spotkała ją 5 kilometrów przed Łebą.

Za udostępnienie zdjęcia dziękuję Pani Julii Przybył.

Sprawa Prokuratury Rejonowej w Lęborku, sygn. akt Ds 1879/97.

Hubert R. Kordos
Bez przedawnienia

Przeczytaj również:

Dodaj komentarz