Bez przedawnienia: Wtorek trzynastego

0

W wielu krajach świata popularne jest przekonanie, iż połączenie piątku z trzynastym dniem miesiąca przynosi pecha. Niedawno dowiedziałem się, że lęk przed piątkiem trzynastego ma nawet naukową nazwę, jest to paraskewidekatriafobia. Podobno pejoratywne skojarzenia z tą datą wiążą się ze zdarzeniami z 13 października 1307 r., kiedy to francuski król Filip IV, zwany też Pięknym, rozpoczął masowe aresztowania i prześladowania Templariuszy. Nie skończyło się to dla niego najlepiej, gdyż Jakub de Molay, płonąc siedem lat później na stosie, przeklął monarchę i ówczesnego papieża. Można zastanawiać się, czy klątwa rzeczywiście miała jakiś skutek, pozostaje jednak faktem, iż wielu zstępnych Filipa Pięknego, a także on sam i rzeczony papież szybko i tragicznie rozstali się z tym łez padołem. Wprawdzie to nie blog o książkach, ale warto w tym miejscu przywołać fenomenalną serię Maurice’a Druon „Królowie przeklęci”. Jednak, czy rzeczywiście od tego wydarzenia wzięły początek obawy przed trzynastką? Ciężko dziś ocenić. Pozwolą jednak PT Czytelnicy, iż w ten wieczór przypomnę zdarzenia, które rozegrały się w zupełnie innych czasach, wprawdzie trzynastego, ale nie w piątek.

Słupsk to jedne z większych miast województwa pomorskiego. Dziś w pewnym sensie pozostaje nie tylko w cieniu Gdańska (który, patrząc z perspektywy historycznej, również jest swoim własnym cieniem), ale też przyćmiewa go własna historia. Do końca 1998 r. sam bowiem był stolicą władz wojewódzkich.  Zdarzenia, które pragnę dziś przypomnieć, miały swój początek dokładnie przed trzydziestu laty.

13 stycznia 1987 r., przypadał we wtorek. W magazynie strzeleckim Szkoły Milicji Obywatelskiej, mieszczącym się przy ul. Orzeszkowej w Słupsku o godz. 16:30 wartę objęło dwóch młodych milicjantów. Jeden był w stopniu szeregowego*, drugim zaś był kapral Andrzej Mantaj. Liczył sobie niewiele ponad 24 lata, urodził się 7 grudnia 1962 r., a zaszczytną służbę dla socjalistycznej Ojczyzny w szeregach MO pełnił dopiero równy rok. Pochodził z niewielkiego miasta Dębno, leżącego w ówczesnym województwie gorzowskim. Po kilku miesiącach służby skierowano go do szkoły milicyjnej w Słupsku. Poza udziałem w zajęciach teoretycznych, słuchacze pełnili też różne obowiązki w szkole. Jednym z nich była służba wartownicza. Dostęp do broni w słusznie minionych czasach był jeszcze bardziej reglamentowany niż dziś, a różne – jak to określała ówczesna prasa – „niepokoje społeczne” motywowały władze do szczególnej ostrożności w dysponowaniu tego rodzaju „argumentami”. Stąd nie należy się dziwić, że magazyn strzelnicy był dozorowany.

Warta rozpoczęła się około 16:30. W styczniu jest to już w zasadzie noc, tego wieczoru było jednak nieco jaśniej, z uwagi na leżący śnieg. Jak później skrupulatnie odnotowano w milicyjnych protokołach, pokrywa śnieżna liczyła ponad 40 cm. Dyżur wartowniczy w magazynie nie był szczególnie ciekawym zajęciem. Milicjanci ustalili więc, że obchód terenu będą robić pojedynczo, szeregowy do godziny 22, a potem miał go zastąpić kapral Mantaj. W pomieszczeniu wartowników rozłożone zostało polowe łózko, czytano gazety, słuchano radia.

Około godziny 22:30 w dyżurce pojawił się nieznany mężczyzna, ubrany w charakterystyczną czapkę w jodełkę. Wyjaśnił milicjantom, że chciałby chwilę posiedzieć i ogrzać się. Warto dodać, że temperatura oscylowała około -20 stopni. Milicjanci jednak szybko poprosili nieznajomego gościa, aby sobie poszedł. Przebywanie osób postronnych w dyżurce było zabronione, a nikt nie czeka przecież na problemy. Nieznajomy jednak nie chciał wyjść z pomieszczenia. Powiedział, że sam kiedyś był w szkole milicyjnej i służył w I kompanii. Poprosił o możliwość zabrania kilku tarcz strzelniczych z magazynu, jednak i tym razem spotkał się – skądinąd również słusznie – z odmową, a po chwili wyszedł.

Młodzi funkcjonariusze nie byli zainteresowani, w którą stronę udał się przybysz, nie czuli się w żaden sposób zagrożeni.  Kilka minut później na obchód wyszedł kapral Andrzej Mantaj. Mimo silnego mrozu wyszedł ubrany tylko w mundur polowy, gdyż obchód terenu trwał tylko kilka minut. Zabrał ze sobą pistolet P-64, pałkę służbową i latarkę. W tym czasie drugi z milicjantów przebywał w dyżurce. Otworzył okno i przez chwilę obserwował kolegę, ten jednak zniknął za rogiem budynku. Po kilku minutach dostrzegł wracającego do pomieszczenia kaprala, dziwnie pochylonego, trzymającego w dłoni pistolet. W pierwszej chwili pomyślał, że kolega chce go przestraszyć. Po chwili jednak zauważył, że Mantaj słania się na nogach, po czym upadł na śnieg, kilkanaście metrów od budynku.

Szeregowy wypadł z dyżurki, jednak pomyślał, że napastnik może być uzbrojony, pobiegł więc do recepcji pobliskiego hotelu, gdzie poprosił o skontaktowanie się z Rejonowym Urzędem Spraw Wewnętrznych. Nie był w stanie sam wybrać numeru, musiała mu pomóc recepcjonistka. Po chwili jednak opanował się na tyle, aby przekazać przełożonym odpowiednie meldunki. Było to dokładnie o 23:15. Na miejscu pojawiły się liczne partole milicyjne oraz komendant szkoły. Rannego kaprala przeniesiono do dyżurki. Wezwano oczywiście również lekarza, jednak ograniczył się tylko do stwierdzenia zgonu.

Postawiono na nogi całą słupską milicję. Słuchacze szkoły podoficerskiej i funkcjonariusze miejscowego garnizonu penetrowali przyległe tereny, jednak nie udało się im ujawnić sprawcy zdarzenia. W toku oględzin ujawniono jednak, że do tragicznego zdarzenia doszło w tzw. „tarczowni”, czyli pomieszczeniu, gdzie przechowywano tarcze strzelnicze. Tam właśnie znaleziono latarkę i ocieplaną czapkę milicjanta, a przed wejściem do pomieszczenia ujawniono jego rękawiczkę.

Przyjęto więc hipotezę, że sprawcą zabójstwa był nieznajomy mężczyzna, który pojawił się chwilę przed zabójstwem w dyżurce. Zrażony odmową milicjantów, postanowił sam zabrać sobie kilka tarcz. Przy „myszkowaniu” w tarczowni zastał go kapral Mantaj. Między mężczyznami doszło do przepychanki, podczas której nieznajomy zadał milicjantowi cios nożem w brzuch. Na miejsce zdarzenia sprowadzono również psa tropiącego, który podjął ślad i prowadził grupę przez około 2 kilometry, potem jednak zgubił trop.

W toku oględzin i sekcji zwłok ustalono, że przyczyną zgonu była rana kłuta brzucha, zadana narzędziem, którym mógł być nóż, o długości nie mniejszej niż 10 cm i szerokości 2,2 cm. Uderzenie zostało zadane tak niefortunnie, że w trzech miejscach doszło do przerwania żyły, co doprowadziło do krwotoku, a w konsekwencji do zgonu funkcjonariusza. Biegły opiniował, iż przy tego rodzaju obrażeniach zgon następuje szybko, w przeciągu kilku minut, co odpowiada drodze, przebytej przez kaprala między „tarczownią” a dyżurką, liczącej 141 metrów. Ostatnia prosta.

Śledztwo nadzorowała początkowo Prokuratura Rejonowa w Słupsku (1Ds 78/87), jednak już 15 stycznia zostało przejęte przez tamtejszą Prokuraturę Wojewódzką. W toku czynności dokonano szczegółowych badań czapki w jodełkę, pozostawionej na miejscu zdarzenia przez sprawcę. Była to czapka o rozmiarze 56. Ujawniono na niej jeden włos ludzki, koloru blond, oraz kilka włosów pochodzących od psa.

Mimo szeroko zakrojonego śledztwa nie udało się ustalić personaliów nieznajomego mężczyzny, który w mroźny styczniowy wieczór pojawił się w dyżurce słupskiej szkoły milicyjnej. Postanowieniem z dnia 28 lipca 1987 r. Prokurator Wojewódzki w Słupsku umorzył śledztwo w sprawie zabójstwa słupskiego milicjanta. W 1991 r. podjęto śledztwo, jednak również bez skutku. Pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku zrekonstruowano przebieg zbrodni w słupskiej strzelnicy w magazynie „997”, jednak i to nie pozwoliło na ustalenie sprawcy…

25 stycznia 1993 r. Leszek Pękalski, znany szerzej jako „Wampir z Bytowa” (skądinąd uroczego miasteczka), składając wyjaśnienia jako podejrzany w innej sprawie, przyznał się do zabójstwa „strażnika” na strzelnicy w połowie stycznia 1987 r. w Słupsku. W toku śledztwa Pękalski mówił szczodrze i chętnie, więc 25 marca 1993 r. przedstawiono mu zarzut dokonania zabójstwa kaprala Mantaja.

Pękalski wyjaśnił, iż zimą 1987 r. pracował w Katowicach, postanowił jednak odwiedzić matkę i babkę, zamieszkałe we wsi Osieki Bytowskie. Wizyta syna i wnuka nie wprawiła jednak niewiast w radosne podniecenie, ponieważ obie – jak jeden mąż – poradziły mu, aby czym prędzej powracał na Śląsk. Leszek wziął sobie do serca tą radę i udał się do Słupska, skąd planował „złapać” pociąg do stolicy Górnego Śląska.

Ponieważ w przeszłości uczęszczał do szkół zawodowych w Słupsku i mieszkał tam w internacie, postanowił – jak to poetycznie ujął Paweł Huelle – „zanurzyć się w czasie przeszłym dokonanym” i odwiedził bursę. Mieściła się naówczas przy ul. Kaszubskiej 16. Spotkał tam swoje wychowawczynie i w ich towarzystwie spędził popołudnie, a nawet zjadł obiad i kolację. Po wyjściu z internatu postanowił odwiedzić koleżankę z klasy, która mieszkała przy ul. Sportowej. Pękalski nie wiedział jednak, pod którym numerem. Pytał o to przechodniów, jednak nikt nie potrafił mu pomóc. Był już późny wieczór, temperatura oscylowała około 20 stopni poniżej zera.

Postanowił więc rozgrzać się w jakimś pomieszczeniu, gdzie byli strażnicy. Jak wyjaśniał, przebywał tam przez około pół godziny, opowiadał, że jedzie szukać pracy w Polskę, a także zwierzał się „strażnikowi”, że ma problemy ze znalezieniem żony. Dopiero gdy wychodził spostrzegł, że w pomieszczeniu był drugi „strażnik”. Ponieważ pierwszy ze strażników nie chciał oprowadzić go po terenie i był opryskliwy, Pękalski postanowił pozwiedzać obiekt sam. Wszedł do „małego domku”, gdzie znalazł go „strażnik”, w którym rozmawiał w dyżurce, pytając czego tam szuka. Wywiązała się kłótnia, „strażnik” miał zacząć szarpać Pękalskiego, co bardzo go rozjuszyło. Wyjął nóż i zadał na oślep cios, po którym „strażnik” złapał się za brzuch i zaczął stękać z bólu.

Pękalski zaczął uciekać, przeskoczył (z torbą podróżną w jednej ręce, a nożem w drugiej!) ogrodzenie, przebiegł przez ogródki działkowe, a potem dotarł do ulicy Sportowej, kierując się w stronę wiaduktu kolejowego i granic Słupska. Kiedy minął tabliczkę z nazwą miasta, zaczął wracać, a ulicami: Kaszubską, Kilińskiego i Sienkiewicza dotarł do dworca kolejowego. Na dworcu został wylegitymowany przez milicjanta, który spisał z dowodu jego dane osobowe. Wsiadł do pociągu, jadącego do Wrocławia, gdzie przesiadł się do składu, którym dotarł do Katowic.

Całą środę poświęcił na załatwienie spraw, związanych z zakończeniem pracy w jednym ze śląskich przedsiębiorstw, które z niekłamaną radością pozbyło się tak nieefektywnego pracownika. W kilkusetstronicowym uzasadnieniu wyroku Sądu Wojewódzkiego w Słupsku czytamy: „Nie zaliczał się (…) do wydajnych pracowników, a wręcz stwierdzono, iż nie jest on przydatny na powierzonym mu stanowisku ładowacza, a po prostu nie nadaje się do tej pracy.

Po oddaniu „obiegówki” odwiedził Wydział Zatrudnienia Urzędu Miasta w Katowicach, gdzie otrzymał skierowanie do pracy w katowickiej, nieistniejącej już, hucie „Baildon”. Wyjaśnił, że udało mu się to wszystko załatwić w krótkim czasie, gdyż oba przedsiębiorstwa i katowicki magistrat mieszczą się blisko siebie. Wskazał, że fakt, że na liście obecności widnieje jego podpis, poświadczający przebywanie w pracy w dniu 13 i 14 stycznia, nie jest wiarygodny, ponieważ lista obecności była powszechnie dostępna i możliwe było podpisanie się po fakcie.

Prokurator podjął próbę weryfikacji wyjaśnień, złożonych przez podejrzanego. Zabezpieczono plan dyżurów wychowawców w internacie, który potwierdził, że 13 stycznia pracowały wskazane przez Pękalskiego nauczycielki. Pracownicy ośrodka potwierdzili, że Pękalski przynajmniej raz odwiedził internat, jednak nie byli w stanie podać daty dziennej tej wizyty.

Podejrzany został określony jako „podobny” do mężczyzny, którego widziano krytycznej nocy w okolicy miejsca zabójstwa. Inni pracownicy katowickiego przedsiębiorstwa potwierdzili możliwość podpisywania listy obecności z opóźnieniem. Potwierdzono też, że koleżanka ze szkoły mieszkała przy ul. Sportowej.

Z udziałem podejrzanego przeprowadzono 19 marca 1993 r. wizję lokalną, której wyniki zarejestrowano. Pękalski gubił się jednak w terenie, na początku wskazał zupełnie inne miejsce jako miejsce zbrodni. Okazano mu zdjęcie zamordowanego milicjanta, jednak nie rozpoznał swojej ofiary.

W grudniu 1995 r. skierowano akt oskarżenia do Sądu Wojewódzkiego w Słupsku. Po rocznym procesie, wyrokiem z dnia 9 grudnia 1996 r. (sygn. akt II K 161/95) Sąd Wojewódzki w Słupsku uniewinnił Leszka Pękalskiego od zarzutu zabójstwa kaprala Andrzeja Mantaja.

W szczegółowym uzasadnieniu Sąd precyzyjnie wskazał przyczyny, dla których odmówił wyjaśnieniom oskarżonego wiarygodności i mocy dowodowej. Sąd zauważył, że twierdzenia oskarżonego zawierają mnóstwo nieistotnych szczegółów, a kwestie zasadnicze zbywane są milczeniem lub niepamięcią. Tytułem przykładu, oskarżony dokładnie opisał, w co był ubrany krytycznej nocy (mimo, że od zabójstwa minęło 6 lat) czy ubiór „strażnika”, natomiast nie był w stanie dostrzec, że byli to milicjanci. „Najbardziej uderzające były w wypowiedziach oskarżonego oczywiste nonsensy, jak to, że przy 20-sto stopniowym mrozie wpadł w kałużę, albo jakich to znalazł wdzięcznych słuchaczy do zainteresowania się jego krzywdami, czy trudnościami w znalezieniu <żeniaczki>” – pisał w uzasadnieniu wyroku Sąd Wojewódzki w Słupsku.

Sprawdzono również rozkład połączeń kolejowych. Okazało się, że wieczorny pociąg do Wrocławia odszedł ze słupskiego dworca o 22:24, natomiast do zdarzenia w strzelnicy doszło między godziną 22:30 a 23:05. Dodając do tego jeszcze czas kilkukilometrowej ucieczki, jaką miał podjąć Leszek Pękalski, nie sposób dać wiary twierdzeniom, że zdążył na ten pociąg. Nie udało się też dotrzeć do dokumentacji ruchu pociągów, ponieważ jest niszczona po pięciu latach.

Stwierdzono też rażące różnice, zachodzące między wyjaśnieniami oskarżonego a zeznaniami milicjanta, który wraz z Andrzejem Mantajem pełnił służbę krytycznego dnia, przy czym Sąd dał wiarę właśnie zeznaniom funkcjonariusza, „który nie miał żadnego powodu w zatajaniu prawdy czy przeinaczaniu faktów. Do tego był on tą osobą, która jako pierwsza pospieszyła z pomocą rannemu koledze (…).” – wywodził Sąd Wojewódzki.

W sprawie zabójstwa Andrzeja Mantaja brak jest dowodów, na podstawie których można by orzekać o winie Leszka Pękalskiego, gdy o jego sprawstwie nie mogą świadczyć samooskarżające wyjaśnienia, których wiarygodność budziła istotne zastrzeżenia i wątpliwości, ale i te oskarżony odwołał (…) inne zaś dowody (…) ocenić należało jako mało przekonywujące, jednocześnie powtórzyć trzeba wyartykułowaną już opinię, iż na postawę Leszka Pękalskiego w śledztwie, kiedy przyznawał się do winy, miały wpływ oddziaływania funkcjonariuszy policji.” – podsumował słupski Sąd.

Wyrok został zaskarżony apelacją przez obie strony, jednak rozstrzygnięcie dot. zabójstwa Andrzeja Mantaja nie zostało zakwestionowane. Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrokiem z 4 marca 1998 r., sygn. akt II AKa 262/97, utrzymał zaskarżony wyrok w mocy.

Kapral Mantaj został pochowany na cmentarzu komunalnym w Dębnie. Dzisiejszego wieczoru minie trzydziesta rocznica tej bezsensownej zbrodni. Jej karalność przedawni się w 2027 r. Poszukiwany mężczyzna liczył sobie wówczas 25-30 lat, miał ok. 170 cm wzrostu, średniej budowy ciała, ubrany w kurtkę lub płaszcz długości 3/4, koloru popielatego lub żółto – beżowego. Na głowie miał czapkę „cyklistówkę”, wzór w jodełkę, spod której wystawały włosy koloru blond.

Za pomoc w przygotowaniu publikacji składam podziękowanie: Prezesowi Sądu Okręgowego w Słupsku oraz tamtejszym Prokuraturom: Rejonowej i Okręgowej.

Przedstawiony zrzut ekranu z portalu Google Maps obrazuje współczesny widok słupskiej strzelnicy sportowej.

Sprawa dawnej Prokuratury Wojewódzkiej w Słupsku, sygn. akt II Ds 3/87.

Hubert R. Kordos
Bez przedawnienia

Przeczytaj również:


Europejskie Biuro Detektywistyki i Bezpieczeństwa

Dodaj komentarz