Zatrzymali mnie z ziołem. Jak wygląda noc na policyjnym dołku?

0

– Poprowadzili mnie do toalety, gdzie kazali mi rozebrać się do naga i kucnąć. Chcieli sprawdzić, czy przypadkiem nie schowałem zielska w dupie. W celi przejściowej siedział jakiś nabuzowany dresiarz. Niby chudy i niski, ale to ten nieprzewidywalny typ, którego się boisz – mówi Mateusz.

Rozmówca portalu noizz.pl opowiada o przeżyciach z nocy w policyjnej izbie zatrzymań, czyli na „dołku”. Wysłuchał i spisał Paweł Korzeniowski.

„Zostałem złapany z nieznaczną ilością marihuany. W małym zawiniątku było 0,6 g „suszu”. Wpadłem przy okazji rutynowej kontroli, nie ma co się nad nią rozwodzić. Głupota. Przy samym zatrzymaniu było jeszcze całkiem miło. Policjantów było dwóch, trochę starsi, koło 30. Zapakowali mnie do radiowozu. W samochodzie nie było żadnych rejestratorów, więc zaczęły się wyzwiska: „Elita narodu z gównem w gaciach, zaraz studencik się nam zesra ze strachu” – usłyszałem. Przez większość czasu miałem na rękach kajdanki, choć nie przejawiałem jakiejkolwiek agresji. Może takie są procedury?

W „tramwaju”, czyli okratowanym kwadracie pięć na pięć metrów, zatrzymani czekają na złożenie zeznań. Siedziałem tam trzy godziny. Początkowo liczyłem, że uda mi się wrócić na noc do domu, jednak wszystko się przeciągało i z każdą minutą dochodziło do mnie, że dziś prześpię się na syfiastym dołku. Dałbym całą kasę – na koncie miałem całe trzy stówy – żeby wrócić na noc do chaty. Niestety, nie było możliwości zapłacenia kaucji. „Prokurator poszedł do domu, więc dziś zostajesz z nami” – usłyszałem od mundurowego.

W celi przejściowej siedział jakiś nabuzowany dresiarz. Niby chudy i niski, ale to ten nieprzewidywalny typ, którego się boisz. A z nim studencik kulturoznawstwa. Na szczęście miał na mnie kompletnie wywalone. Histeryzował – raz błagał policjantów, żeby go wypuścili, innym razem wyzywał ich od najgorszych. I tak na zmianę. Policjanci też nieźle po nim jechali. Miałem wrażenie, że dwie strony świetnie odnajdują się w tej grze. Przynajmniej ktoś się im stawiał, przynajmniej była zabawa.

Policjanci w protokole mojego zatrzymania napisali: „Susz roślinny przypominający marihuanę”. To jedyny śmieszny moment tego wieczoru. Panowie patrzyli na mnie zza kraty i wylewali swoją codzienną frustrację. „Zamiast łapać prawdziwych przestępców, musimy się zajmować takimi pedałami”. Poprowadzili mnie do toalety, gdzie kazali mi rozebrać się do naga i kucnąć. Chcieli sprawdzić, czy przypadkiem nie schowałem zielska w dupie. Rutynowa procedura.

Mogłem wykonać jeden telefon. Zadzwoniłem do brata i poprosiłem go, by nie mówił nic rodzicom. Policjant, który słuchał rozmowy, powiedział, że i tak się dowiedzą. „Jutro rano policja w twoim rodzinnym mieście przyjdzie przeszukać mieszkanie”. Kiepsko – pomyślałem. Nie chodziło o to, co o mnie pomyślą, bo wiadomo, że prawie każdy pali zioło, ale o stres, który im funduję.

W nocy z komisariatu z Wilczej przewieźli mnie na Żytnią w „lodówie”, czyli dużej furgonetce, w której strasznie rzucało. Oczywiście byłem zakuty w kajdanki. Policjanci tym razem straszyli mnie kolesiami, na których potencjalnie mogę trafić w celi. „Takich, jak ty się nie lubi”. Ale na dołek przyjmował mnie bardzo miły pan w wieku przedemerytalnym, który powiedział kilka miłych słów w stylu: „Nie martw się, nic się tu nie stanie”. Zostawiłem swoje rzeczy w depozycie. Zabrali mi pasek i sznurowadła – mógłbym się na nich powiesić.

Przyznam, że dźwięk zasuwających się drzwi, mimo świadomości, że wyjdę stąd za – plus minus – 12 godzin, był przerażający. Dołek to ponure miejsce, wygląda tak jak w polskich filmach dokumentalnych o więzieniach: półmrok, łóżko wbudowane w podłogę, wszystko przymocowane do ziemi.

Mój nowy współlokator już spał. Obudziłem go, chwilę pogadaliśmy. Gość po trzydziestce, listonosz. Złapali go, gdy kupował amfetaminę. Diler podobno uciekł. Mówił, że jest na dołku trzeci raz i żebym się nie przejmował. „To przecież normalne, że czasami trafia się na dołek” – mówił. Był całkiem wyluzowany, mimo że nie miał szans pojawić się rano w pracy. „Najwyżej mnie wywalą” – powiedział i zasnął. Ja nie zmrużyłem oka nawet na sekundę.

Śniadanie, również jak w regularnym pierdlu, podane w zielonej miseczce. Dokładnie nie pamiętam, co dostałem – chyba jajko lub dwa, kawałek chleba i kosteczkę masła. Kompot albo herbata, kompletnie nie byłem głodny. Stresowałem się przesłuchaniem i tym, jak moi rodzice znieśli przeszukanie w domu.

Potem przesłuchanie. Od razu widać było, że mam do czynienia z innym, wyżej postawionym funkcjonariuszem. Nie był jakimś intelektualistą, ale czuć było ten powiew ważniactwa – biała koszula, włosy na żelik i kabura do pistoletu. Trochę na mnie popsioczył, czasami przeklinał, ale traktował mnie jak normalnego człowieka. Akurat dwa dni wcześniej z Wisły wyłowiono gościa, który utopił się na jakimś melanżu, więc drugi policjant w rękawiczkach przeglądał rzeczy, które znaleźli przy topielcu. W pamięć zapadł mi długi, srebrny łańcuch, tzw. kajdan.

Nadchodził czas wolności. Ale zanim się to stało – policjanci pojechali ze mną na stancję. Rano przeszukali już dom rodzinny, teraz chcieli przejrzeć mieszkanie studenckie. Cały czas byłem prowadzony w kajdankach. Zapytałem czy nie mogę ich zdjąć przed kamienicą tak, by sąsiedzi mnie nie widzieli, na co usłyszałem odpowiedź, że „możemy przykryć ci dłonie bluzą. Nie będzie widać kajdanek”. W mieszkaniu nic nie miałem.

Przeszukanie trwało maksymalnie piętnaście minut i było tylko prowizorycznie, co uznaje za akt dobrej woli ze strony dwóch tajniaków. Mogli mi rozpieprzyć wszystkie papiery, wyciągnąć cały syf z biurka, a otworzyli ledwie kilka szuflad. Powiedziałem, że nic nie mam i uwierzyli mi na słowo. Myślę, że po prostu mają oko i widzieli, że byłbym bardziej zdenerwowany. A ja po prostu byłem koszmarnie wymęczony i chciałem już tylko spokoju.

Kilka miesięcy później trafiłem na salę rozpraw. Pani sędzia od samego początku była dla mnie miła. Powiedziałem, że bardzo żałuję, że studiuję dwa kierunki i już nie palę. Zacząłem coś mówić, że ewentualne „zawiasy” utrudnią mi otrzymanie wizy do USA, co – jak twierdziłem – było moim marzeniem. Chyba ją przekonałem, bo dostałem warunkowe umorzenie sprawy i kuratora na rok. Koszty pokrył Skarb Państwa.

Kuratorka, gdy pierwszy raz weszła do mojego mieszkania, od razu zapytała: „o, to pan czyta książki? Jest pan pierwszym moim podopiecznym, który to robi”. Opowiadała, że większość jej wizyt u innych to stres. Nie lubię tego określenia, ale po prostu patologia – agresywni, pijani lub naćpani. A u mnie? „Kawa czy herbata?”.

Paweł Korzeniowski
źródło: Noizz.pl

Przeczytaj również:


Europejskie Biuro Detektywistyki i Bezpieczeństwa

Dodaj komentarz