fot. Pixabay

Na świecie średnio co 40 sekund ktoś odbiera sobie życie. Mężczyźni pięć razy częściej niż kobiety, za to kobiety przodują w nieudanych próbach. W 2008 roku odnotowano 5237 zamachów samobójczych, z których 2964 zakończyły się zgonem. Polacy najczęściej odbierają sobie życie tuż po pięćdziesiątce. Do tych wszystkich liczb dodajmy jeszcze jedną, o której za mało się mówi: 24 godziny. Ostatnia doba przed aktem samobójstwa to kluczowy moment.

24 godziny przed, czyli „I don’t like mondays”

Ostatnia doba najczęściej zaczyna się w niedzielę. Gdy kilka lat temu brytyjski matematyk Cliff Arnall obliczył, że mieszanka brzydkiej pogody, niewypełnionych postanowień noworocznych i poświątecznego dołka finansowego sprawia, iż najbardziej depresyjnym dniem w roku jest trzeci poniedziałek stycznia, suicydolodzy ze zrozumieniem kiwali głowami. – To się nie zmienia od lat. Po weekendzie ludzie najgorzej radzą sobie z rzeczywistością. W poniedziałek popełnianych jest o prawie jedną piątą samobójstw więcej niż w sobotę, a weekend tylko pomaga desperatom utwierdzić się w przekonaniu, że to jedyne rozwiązanie – mówi profesor Brunon Hołyst, szef Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

Z analizowanych przez niego statystyk wynika, że najwięcej osób targa się na własne życie między godziną 6 a 14. – Ludzie najczęściej popełniają samobójstwo w domu, uznając, że dom stwarza im najbardziej dogodne warunki. A całonocne przemyślenia jeszcze upewniają przyszłego samobójcę o słuszności postępowania – dodaje profesor Hołyst. – Ale z drugiej strony statystyki mogą być trochę zafałszowane, bo części osób, które na przykład popełniają samobójstwa nad ranem, jako czas zgonu wpisuje się ten, w którym znaleziono ciało – dodaje.

9 godzin przed, czyli zanim się powiesił, naprawił szafkę

Magda, 27-latka z Lublina, która w styczniu ubiegłego roku przedawkowała leki nasenne, tak wspomina to, co działo się w jej głowie dzień przed próbą targnięcia się na swoje życie: – To nie jest tak, że ogarnia cię obsesja śmierci. Prawie każdy, komu się to nie udało, powie ci, że wcale nie chciał umrzeć. Po prostu w pewnym momencie czujesz, że nie dasz rady dalej żyć, a samodzielne pożegnanie się ze światem to jedyny sposób ucieczki od problemów. – Zdarzają się przypadki, że zamach na własne życie odbywa się pod wpływem impulsu, na przykład na wieść o śmierci kogoś bliskiego. Ale zwykle przygotowania i przemyślenia z tym związane zaczynają się kilka dni wcześniej – mówi profesor Hołyst. Bardzo szybko na przykład pojawia się decyzja o sposobie odebrania sobie życia.

Z badań wynika, że aż u 90 procent przyszłych samobójców można wcześniej zauważyć oznaki zagrożenia, cztery osoby na pięć mówią o swoich zamiarach (z drugiej strony tylko pięć procent osób grożących, że się zabije, rzeczywiście próbuje to zrobić). – Ale nie można uważać, że na ten desperacki krok zdecyduje się jedynie człowiek załamany czy przybity. W niektórych przypadkach bowiem występują objawy tak zwanej dysymulacji. Polega ona na tym, że człowiek z jednej strony czuje nienawiść do siebie samego, nie znajduje wyjścia z sytuacji i ma autodestrukcyjne myśli. Z drugiej jednak chce oszczędzić bliskim negatywnych przeżyć i uważa, iż jeśli do ostatniej chwili będzie udawał, że wszystko jest w porządku, ból będzie mniejszy – tłumaczy profesor Hołyst.

Maciej, 42-letni informatyk z Warszawy, w którego bliskim otoczeniu w ostatnim czasie dwie osoby (sąsiad, przyjaciel) odebrały sobie życie, mówi, że schemat za każdym razem był podobny. – Na początku tego nie dostrzegałem, ale teraz wydaje mi się to jasne. Po kilku dniach, kiedy właściwie trudno było się dogadać z tymi osobami, przychodził „dzień rozliczeń”. Gdy Andrzej, przyjaciel od miesięcy zmagający się z utratą pracy i problemami finansowymi, oddał mi pieniądze, na które już nawet nie liczyłem, nie spodziewałem się, że to nasze ostatnie spotkanie. Nic nie podejrzewałem również wtedy, gdy do mojej mamy przyszedł sąsiad, który dwa lata wcześniej w jakiejś luźnej rozmowie obiecał jej naprawę szafki kuchennej. Mama była zdziwiona nie tylko samą propozycją, ale i zaangażowaniem, z jakim zabrał się do roboty. Dziewięć godzin przed śmiercią! Gdy potem skojarzyłem oba fakty, psycholog powiedział mi, że to jeden z bardziej typowych objawów – wspomina Maciej.

Potwierdza to profesor Hołyst: – Ta drobiazgowość w załatwianiu zaległych spraw jest czasem wręcz zatrważająca. Pedanteria daje o sobie znać nawet w momencie kompletnego załamania emocjonalnego. Widać to szczególnie w listach pożegnalnych, w których człowiek w jednym zdaniu żegna się z żoną i dziećmi, a w drugim pisze: „Oddaj 20 złotych Kazikowi” – opowiada suicydolog, który w swej pracy naukowej analizował treść i formę 130 takich listów.

Część pisana jest wcześniej, część w ostatnich chwilach życia, na przykład już po zażyciu trucizny, o czym świadczą rozmazane, niedokończone czy nieczytelne ostatnie zdania. Ich cechą wspólną jest chęć wyjaśnienia motywu, nawet jeśli wygląda on nieprzekonująco. 17-letnia Agnieszka w szkole radziła sobie dobrze, ale trudności ze zrozumieniem chemii powodowały, że bała się zostać na drugi rok w tej samej klasie. W liście pożegnalnym do rodziców pisała: „Przepraszam, ale to wszystko było dla mnie ponad moje siły. Tutaj już nie ma dla mnie miejsca. Odchodząc, nie będę wam już więcej przynosić wstydu”.

W listach samobójcy często zwracają się do najbliższej rodziny, jak Barbara, nauczycielka WF, do mieszkającej z nią siostry i szwagra: „Podziękujcie swojej pierworodnej, zrobiła wszystko, żebym się właśnie teraz zdecydowała na ten czyn (…). To ponad moje siły żyć w tym mieszkaniu, w którym chciała się mnie pozbyć i dopięła swego celu (…). Przykro mi, wybaczcie, ale ja naprawdę mam dosyć wszystkiego, to jest prawda, jaka smutna prawda, ale ja nie mogę inaczej. Chcę zasnąć, wtedy skończą się moje kłopoty, koszmar, który mnie powoli zabijał, aż wreszcie położył kres tej koszmarnej egzystencji. Wybaczcie, nie mogę inaczej, dla mnie nie ma już ratunku, dziękuję za wszystko, ale dziś zabrakło mi już sił”.

2 godziny przed, czyli list pożegnalny jak do telewizji

Co ciekawe, niektórzy samobójcy, nawet jeśli mają rodziny, piszą listy, które wyglądają trochę jak skierowane do telewizyjnego programu interwencyjnego. Na kilku stronach nie tylko opisują swoje problemy rodzinne, finansowe, zawodowe, ale też analizują całe swoje życie, którego konsekwencją był tak desperacki krok. 68-letnia Franciszka chwilę przed odejściem napisała: „Jestem inwalidką II grupy po ciężkiej operacji ortopedycznej biodra. (…) Syn dokucza mi i dąży do wyrzucenia mnie z mieszkania. Nie mam zaufania do niego. Jest dla mnie gorszy niż obcy człowiek. Lubię spokój i chcę żyć sama w domu. Ale to jest niemożliwe, bo gdzie syn się wyprowadzi. Nie żałuję, że to robię, bo syn miałby mieszkanie. Skończy się moja udręka i będę miała święty spokój”.

27-letni Tadeusz pisze o tym, jak chciał zostać kucharzem, jak był w wojsku, potem pracował w szpitalu, poznał dziewczynę, a ostatnio skonfliktował się z szefową. Wszystko to wygląda właściwie jak CV, gdyby nie ostatni akapit: „Kiedy wróciłem do domu, wykorzystałem moment, że nie ma nikogo. Odkręciłem gaz. Czy o czymś myślę? O tym, że moje życie nie ma sensu i że nie jestem zdolny do życia, do podjęcia jakiejkolwiek pracy. Nie powinno się ratować samobójców. To, że nie chcą żyć, jest wyłącznie ich sprawą”.

60 minut przed, czyli co im siedzi w głowach

Dla bliskich znajdujących samobójców powody przez nich wskazywane nie są już tak jasne. – Tłumaczenia „co to za problem”, „przecież można było…” to chyba najczęstsza próba radzenia sobie z tą traumą. Bo patrząc z zewnątrz, właściwie każdego targnięcia się na własne życie można by uniknąć – twierdzi profesor Hołyst. Co więc sprawia, że w ponad pięciu tysiącach przypadków rocznie tak się nie dzieje?

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin życia samobójcy pojawia się u niego mechanizm nazywany zwężeniem świadomości, który stopniowo się nasila. Psychiatrzy porównują ten stan do patrzenia na świat jakby przez dziurkę od klucza. Przyszły samobójca skoncentrowany jest na odebraniu sobie życia: godzinę przed samobójstwem w ogóle nie myśli o skutkach swoich działań, o cierpiącej rodzinie, o tym, że ulgi, której pragnie, trudno będzie mu doświadczyć, a przy samobójstwach instrumentalnych (czyli takich, które mają służyć wymuszeniu czegoś, zemście lub zwróceniu na siebie uwagi) – że napawanie się efektem nie będzie mu dane.

Skłonności samobójcze tłumaczą także neurokryminolodzy. Odkryli na przykład, że u samobójców obniżony jest poziom cholesterolu, który prawdopodobnie powoduje słabsze wiązania serotoniny (hormonu szczęścia) do jej receptorów, a także – że w chwili targnięcia się na życie często mają oni liczne zaburzenia hormonalne. – Świadczy o tym chociażby to, że zamachy samobójcze częściej popełniają kobiety w okresie miesiączkowym niż w innych fazach cyklu – mówi profesor Hołyst.

Nie zostało już nic, czyli ostatnie wołanie o pomoc

Wbrew temu, co pisał w swym liście pożegnalnym wspominany ju żTadeusz (ten, który chciał być kucharzem i miał konflikt w pracy), z badań wynika, że większość samobójców, nawet jeśli bardzo chce umrzeć, jednocześnie myśli o możliwości ratunku. Jeden z psychologów porównał to do sytuacji jednoczesnego podcinania sobie gardła i krzyczenia: „Na pomoc!”, gdy żadne z tych działań nie jest udawane. Z badań wynika, że 60–80 procent niedoszłych samobójców negatywnie ocenia swoją próbę (10–15 procent ginie w końcu śmiercią samobójczą).

Edwin Shneidman, zmarły niedawno jeden z najwybitniejszych suicydologów, podając 10 cech samobójstwa, jako „uniwersalny stan umysłu samobójcy” wymienia ambiwalencję. Człowiek, który tej tematyce poświęcił 60 lat pracy, przekonywał: – Nigdy nie spotkałem kogoś, kto w stu procentach chciał się zabić i nie myślał o możliwości ratunku.

Milena Rachid Chehab
„Przekrój” 04/2010

Przeczytaj również: