Antyterroryści | fot. Policja

Pan Tadeusz K. najpierw usłyszał huk, następnie zobaczył migające na podwórku światła. Został powalony na ziemię przez zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn, gdy wyszedł zobaczyć co się dzieje – taki był początek akcji poznańskich antyterrorystów, którzy, jak się okazuje, mieli błędne ustalenia.

Do zdarzenia doszło 8 marca wieczorem w małej miejscowości Sitno, niedaleko Szczecinka. Najpierw huk taranowanej bramy, później zakucie w kajdanki i godzinne leżenie na mrozie twarzą w błocie. Tak opisuje całe zdarzenie pan Tadeusz, na którego posesję wtargnęli antyterroryści szukając broni i maszyn rolniczych. Nic jednak nie znaleźli.

Podczas przeszukania funkcjonariusze użyli broni gładkolufowej – W poniedziałek zadzwonił do mnie mój klient i powiedział, że znalazł na terenie posesji naboje z broni gładkolufowej. Zostały one przez mojego klienta zabezpieczone i przekazane prokuraturze. Prawdopodobnie strzelano z nich do psów – informuje mecenas Mirosław Wacławski, który w imieniu pana Tadeusza wniósł skargę na działania policji.

Akcja antyterrorystów została przeprowadzona na szybko. Bez nakazu prokuratora, bez odpowiedniego rozpoznania. Prawdopodobnie grupa realizująca przeszukanie nie miała nawet pojęcia, że w lokalu znajduje się kobieta – żona pana Tadeusza – oraz dwójka ich małych dzieci. – Gdy żona mojego klienta chciała załatwić potrzebę fizjologiczną, to do toalety zaprowadził ją mężczyzna. Podczas przeszukania nie było żadnej funkcjonariuszki, stąd możemy wnioskować, że policjanci nie mieli żadnego rozpoznania – mówi mecenas Wacławski.

– Prowadziliśmy działania związane ze śledztwem nadzorowanym przez prokuraturę w Złotowie. Nasze informacje, wskazujące, że w tym gospodarstwie znajdują się osoby podejrzane okazały się jednak nietrafne i w związku z tym chcielibyśmy przeprosić mieszkańców, którzy w wyniku działań antyterrorystów, w jakikolwiek sposób zostali pokrzywdzeni. Oczywiście wszystkie zniszczenia, do jakich doszło na skutek tych działań zostaną przez nas naprawione – mówi o całym zdarzeniu rzecznik poznańskiej policji Andrzej Borowiak.

Do miejscowej prokuratury zostało złożone zawiadomienie o możliwości przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy. – Wiem, że to zabrzmi brutalnie, ale jeśli oni mają taki wywiad, to nic dziwnego, że dochodzi do tragedii. Przecież wystarczyło spytać dzielnicowego, który by powiedział kto tam mieszka oraz, że są tam małe dzieci. Czyżby policjanci nie ufali sobie nawzajem? – kwituje całą sprawę mecenas Wacławski.

Przeczytaj również:

Dodaj komentarz