Tutaj ślad po Łukaszu się urywa | fot. Nadesłane

Do przerażającego odkrycia doszło 12 sierpnia w powiecie strzeleckim. Przejeżdżający polną drogą rolnik natknął się na zwęglone zwłoki. Znajdowały się one wśród nadpalonych śmieci nieopodal ruin zakładu Bakutil, który niegdyś produkował mączkę kostną. O spalonych szczątkach ludzkich niezwłocznie poinformowano służby.

Ciało było w takim stanie, że nie dało się rozpoznać płci, jednak znaleziono przy nich jeden przedmiot, który mógł sugerować tożsamość denata. Były to klucze do mieszkania zaginionego ponad tydzień wcześniej chorzowianina – Łukasza Porwolika. Jednak policja uznaje mężczyznę nadal za zaginionego, wskazując, że kluczowe w tej sprawie będą badania DNA.

35-letni Łukasz zaginął 3 sierpnia. Jak ustalono, tego dnia pojechał do jednego z zakładów mechanicznych w Świętochłowicach. Miał tam sprzedać synowi właściciela firmy naprawczej bmw 7 i zainkasować 70 tys. zł. Od tego czasu kontakt z nim się urwał, a on sam jakby zapadł się pod ziemię.

Śledczy szybko połączyli znalezione ciało z zaginięciem 35-latka i dzień po odnalezieniu zwłok zaczęto przeczesywać teren firmy naprawiającej samochody. Podczas czynności policjanci byli wspomagani przez straż pożarną, na miejscu była również karetka pogotowia. Z ustaleń dziennikarzy Kryminalnej Polski wynika, że podczas przeszukania znaleziono broń, amunicję, jak również narkotyki.

Informator Kryminalnej Polski mówi również o ujawnieniu na miejscu zdarzenia krwawych śladów, co sugerować może, że właśnie w tym miejscu mogło dojść do zabójstwa Łukasza Porwolika. Jak dodaje, kilka dni temu pomieszczenia zakładu naprawczego zostały przemalowane. Ze źródła zbliżonego do sprawy wiemy również, że w zakładzie był zainstalowany monitoring, który feralnego dnia nie działał.

Dzień po przeszukaniu posesji, w miejscu, w którym ślad po zaginionym Łukaszu się urywa, zjawili się śledczy wraz z prokuratorem. Jak informują okoliczni mieszkańcy, obecne były również trzy osoby z kajdankami na rękach i kominiarkami na głowie. Przez wiele godzin trwała wizja lokalna, która na celu miała odtworzenie wydarzeń z dnia zaginięcia 35-latka.

Co się zatem stało z zaginionym chorzowianinem? Na to pytanie na razie nie mamy jednoznacznej odpowiedzi, jednak wszystko wskazuje na to, że w zakładzie, do którego Łukasz przyjechał sprzedać samochód, mogło dojść do morderstwa. Następnie ciało wywiezione zostało do sąsiedniego województwa i tam spalone.

Źródło zbliżone do sprawy mówi również o hipotezie, według której Łukasz mógł być przetrzymywany przez jakiś czas na terenie warsztatu, a następnie jego zwłoki miały zostać wywiezione do miejsca ich znalezienia. Tam też miało dojść do próby zatarcia śladów poprzez ich spalenia.

Mimo iż zakład naprawczy był ostatnim miejscem, w którym widziano poszukiwanego 35-latka żywego, to śledczy zdecydowali się na jego kompleksowe przeszukanie dopiero po ujawnieniu ciała. Wcześniej próbowano skontaktować się z mężczyzną, który miał nabyć od Łukasza bmw, jednak bezskutecznie. Jak twierdzono, wyjechał on na zaplanowany urlop.

Z informacji uzyskanych od mieszkańców ulicy, na której znajduje się warsztat, dowiadujemy się, że naprawiane tam były policyjne radiowozy. Miejsce to zatem powinno być funkcjonariuszom dobrze znane. Jak zatem właścicielowi udało się ukrywać broń i narkotyki? Dlaczego nie zauważono śladów krwi? Te pytania na razie pozostają bez odpowiedzi.

Wśród rozmówców Kryminalnej Polski pojawia się jeszcze jedna wątpliwość. Rodzina zaginionego 35-latka do wyjaśnienia sprawy zatrudniła detektywa. Ten zamiast przekazywać zdobyte informacje rodzinie, karmił nimi media i to właśnie z nich bliscy Łukasza dowiadywali się o nowych ustaleniach. Zastanawiające jest również źródło, z jakich pozyskiwał wiedzę detektyw. Według naszego informatora, mogły one zostać zdobyte nielegalnie od jednego z policjantów.

Przeczytaj również: